Jarosław Kamiński

Jaroslaw-Kaminski

Najpierw słychać trąbki, saksofony, ale ekran jest czarny. Potem krótkie, szybkie ujęcia na zbliżeniu: kaseta magnetofonowa, oko, szklanka i wreszcie sięgająca po nią dłoń. Oto zarys głównego bohatera słynnego filmu Boba Fosse’a „All That Jazz”. Mało kto wie, że film ten montował Alan Heim, za co otrzymał w 1979 roku nagrodę Oscara.

To dzięki niemu, Jarosław Kamiński dostrzegł, że montaż wcale nie musi być odtwórczy; jest raczej ważnym etapem tworzenia filmu, narzędziem kreacji. Obok Heima istotną rolę odegra również nauczyciel montażu w czeskiej szkole FAMU Josef Valušjak, którego znamy dobrze z filmów Nowej Fali. To on przekazał Kamińskiemu, na czym polega rytm, tempo, budowanie skojarzeń w filmie.

Jeśli będziemy mieć w pamięci filmy obu tych twórców i przyjrzymy się uważnie pracy Jarosława Kamińskiego, zrozumiemy, skąd wyrósł. Dobry montażysta to jednak osobowość. Wystarczy prześledzić, bardzo bogatą!, filmografię Kamińskiego, by zrozumieć, jak dużo wnosi on sam od siebie. Filmy jego autorstwa opowiadają historię niejednoznacznie.

Weźmy dwa tak różne filmy: „Bocznica” Anny Kazejak oraz „Ida” Pawła Pawlikowskiego. Pierwszy to dokument, drugi to fabuła. Przy filmie dokumentalnym zadanie montażysty przypomina „pracę zagubionego na bezludnej wyspie rozbitka,” – do którego porównuje sam siebie Jarosław Kamiński – „który w gęstym równikowym lesie próbuje zbudować szałas i każdego ranka odkrywa, że roślinność wdarła się nocą z różnych stron i nadal nie wiadomo, czy budowa się powiedzie.” Przy tworzeniu fabuły jest mniej niespodzianek, już sam scenariusz zakłada sekwencję scen, ale już sama pogoda może nas zaskoczyć. Montażysta nieraz układa film od nowa. Dostaje stos małych kawałeczków, z których musi zbudować jedną, dobrze wyglądającą, całość.

Oba przywołane filmy mają cechę wspólną. Czuć rękę jednej osoby. Sceny utkane są z nieoczywistych kadrów. Świat ukazuje nam się powoli, fragmentami. Bohatera poznajemy przez jego otoczenie, kawałek ubioru, oko. Montaż Jarosława Kamińskiego to nie linearnie ułożone jeden po drugim obrazki ciągu przyczynowo-skutkowego. To raczej elementy układanki. Powoli układa przed nami całość, ale jak to z układanką bywa: najpierw kawałek nieba, potem jakiś but. Aż w końcu, powoli, odsłania się całość.

A teraz posłuchajmy, jak to razem brzmi. Filmy Kamińskiego płyną. Jest wyczulony na rytm. „Ida” ma chwile przyspieszenia, jak w jazzie, który słychać nieraz w tle, a czasem zwalnia, jakby kadry wybijały rytm końcowej kantaty Bacha. Zaś w „Ki” tempo przyspiesza za sprawą awangardowej muzyki Borysa Janczarskiego. Taka jest i sama Ki, główna bohaterka, niestabilna, energiczna. Każdy element milieu odsłania nam postać, którą opisuje, montaż okazuje się jednym z jego elementów.

„Interesuje mnie opowiadanie nieoczywiste, w którym widz może sam filmową materię interpretować. Najlepiej, jeśli bohater jest niejednoznaczny, utkany ze sprzeczności i tajemnic. To samo odnosi się do konstrukcji sceny – chciałbym, aby jak najwięcej widz odkrył sam albo czegoś się zaczął domyślać w niepewności.” – Zdradza tajniki swojej pracy Jarosław Kamiński. I tak rzeczywiście jest, bo ta układanka wcale nie jest tak do końca wypełniona. Nie wszystkie elementy, które przyjechały do montażowni, zostały wykorzystane. Puste pola możemy wypełnić sami.

Tekst: Alicja Rosé

Jarosław Kamiński

w trasie z Polską Światłoczułą